Najpierw słychać ich z daleka. Zanim na drodze pojawią się kolorowe koszulki, chorągiewki i krzyże, do Lututowa dociera śpiew. Po chwili widać pierwszych porządkowych, a za nimi kolejne grupy pielgrzymów. Ulice, które jeszcze przed momentem były spokojne, wypełniają się ruchem, rozmowami i charakterystycznym rytmem pielgrzymiego marszu. Jedni jeszcze śpiewają, inni rozglądają się za cieniem, ktoś szuka wody, ktoś miejsca, gdzie można na chwilę usiąść, a ktoś po prostu cieszy się, że kolejny etap drogi jest już za nim. W poniedziałek, 10 sierpnia, przez Lututów po raz kolejny przechodziła Kaliska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę, podążająca swoją wielowiekową drogą od św. Józefa do Maryi.

Tegoroczna trasa nie należała do łatwych. Słońce mocno dawało się we znaki, asfalt nagrzewał się od rana, a przed pielgrzymami pozostawały kolejne kilometry. Mimo to w rozmowach znacznie częściej niż o zmęczeniu słyszało się o intencjach, wdzięczności, rodzinie, modlitwie i radości z samego bycia w drodze. To właśnie te osobiste historie najlepiej pokazują, czym pielgrzymka jest dla tych, którzy co roku decydują się wyruszyć pieszo na Jasną Górę.

Spotykam Wiesławę Balcerzak z Kalisza. Ma 73 lata i w tym roku pielgrzymuje po raz dziesiąty. Na tę jubileuszową drogę musiała jednak długo czekać, ponieważ przez osiem lat opiekowała się mężem chorym na Alzheimera. Po jego śmierci powróciła na pielgrzymi szlak. Niesie intencje za zmarłego małżonka, rodzinę, znajomych oraz tych, którzy prosili ją o modlitwę, a w tym roku szczególnie modli się także w intencji synowej oczekującej dziecka.

Pani Wiesława nie ukrywa, że upał i rozgrzany asfalt dają się we znaki, ale jednocześnie podkreśla, że dziesięć pielgrzymek było jej marzeniem. Po ubiegłorocznej drodze, pierwszej po wieloletniej przerwie, wróciła – jak sama powiedziała – „lżejsza, uduchowiona i spełniona”. W tym roku jej marzenie właśnie się dopełnia.

Pielgrzymka jako czas dla rodziny

Pod kościłoem rozmawiam z rodziną Gromadów. Marzena i Rafał pielgrzymują razem z synami, Filipem i Kacprem. Filip idzie już czwarty raz, choć wcześniej część drogi pokonywał jeszcze w wózku, Kacper pielgrzymuje po raz piąty, podobnie jak tata, a mama ma za sobą około dziesięciu pielgrzymek.

Kiedy pytam, dlaczego całą rodziną wybierają właśnie taką formę spędzania sierpnia, odpowiedź jest bardzo szczera. Mówią, że mają za co dziękować, a pielgrzymka jest dla nich czasem, kiedy mogą być naprawdę razem. „Odpoczywają nam głowy, a stawiamy na rozwój duchowy” – tłumaczą. Na co dzień życie rodzinne rozdzielają szkoła, praca, obowiązki i codzienny pośpiech. Tutaj zostaje droga, rozmowa i obecność drugiego człowieka.

Trudno nie zauważyć, że jest to dość nietypowa forma rodzinnych wakacji. Zamiast klimatyzacji jest sierpniowe słońce, zamiast wygodnych leżaków – pobocze i ławka na postoju, a zamiast hotelowego bufetu – pielgrzymi posiłek. Mimo to dla tej rodziny właśnie taka droga ma największą wartość.

Intencje wielkie i bardzo osobiste

W Grupie Oliwkowej spotykam również młodą dziewczynę z Kalisza, która z tą grupą pielgrzymuje po raz pierwszy. Wcześniej brała udział w pielgrzymce konińskiej. Jej intencje są bardzo konkretne – prosi o zdrowie dla całej rodziny oraz o dobre napisanie egzaminu ósmoklasisty.

To jedno z tych spotkań, które przypominają, że na Jasną Górę pielgrzymi niosą całe swoje życie. Są wśród tych intencji choroby, śmierć bliskich, narodziny dzieci, troska o rodzinę, ale również sprawy ważne dla młodego człowieka, takie jak egzamin, który właśnie w tym momencie wydaje się jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu.

Czterdzieści jeden razy do Maryi

Jedną z najbardziej niezwykłych osób spotkanych na trasie jest Stefania Biernat z Kalisza. Pielgrzymuje w Grupie Pomarańczowej i w tym roku idzie na Jasną Górę po raz czterdziesty pierwszy. Ma 89 lat.

Pamięta pielgrzymki sprzed wielu lat i przyznaje, że obecnie pod wieloma względami wędruje się łatwiej niż dawniej. Kiedy jednak pytam, czy w wieku 89 lat rzeczywiście jest łatwiej pielgrzymować niż wtedy, gdy miała czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, odpowiada z prostotą, że wszystko zależy od zdrowia, pogody i „od Pana Jezuska”.

Obok niej idzie Krystyna. W ich modlitwach pojawiają się sprawy rodzinne, choroby bliskich i troska o dzieci. Zapytane, co daje im pielgrzymowanie, odpowiadają: radość, zadowolenie, siłę i wzajemne wsparcie.

W obecności 89-letniej pani Stefanii wszystkie nasze wymówki dotyczące kondycji zaczynają brzmieć nieco mniej przekonująco.

Od trzech miesięcy do osiemdziesięciu sześciu lat

Do Lututowa dociera także Grupa Biała z parafii Miłosierdzia Bożego w Kaliszu. Prowadzi ją ks. Rafał Maciak, który z tą grupą idzie jako przewodnik po raz pierwszy, ale sam pielgrzymuje już siódmy raz. Grupa liczy około stu osób, a różnica wieku pomiędzy jej uczestnikami jest imponująca. Najstarszy pątnik ma około 86 lat, a najmłodszy zaledwie trzy miesiące.

Ks. Rafał podkreśla, że warto spróbować pielgrzymowania nawet przez jeden dzień czy kilka kilometrów, ponieważ pielgrzymka zmienia człowieka. W jego własnym życiu przyniosła więcej pokory, więcej radości i umocnienie w powołaniu.

Trud drogi, którego nie zawsze widać

Nie wszyscy pielgrzymują wyłącznie pieszo. Za grupami idzie bowiem cały świat organizacyjny – samochody, telefony, kwatery, noclegi, postoje i niekończące się ustalenia. O tej mniej widocznej stronie pielgrzymki mówi ks. Artur Filipiak, przewodnik Grupy Turkusowej, który w tym roku dodatkowo pomaga ks. Łukaszowi Urbanowi w organizowaniu noclegów, kwater i przemarszu grup.

Kapłan przyznaje, że w upale trudno mówić o mistycznych przeżyciach, ale właśnie tutaj realizuje się bardzo konkretna Ewangelia – rezygnacja z własnych planów dla dobra drugiego człowieka. Ksiądz może chcieć spokojnie iść ze swoją grupą, modlić się i słuchać konferencji, a rzeczywistość każe mu wsiąść do samochodu, pojechać szukać noclegu, rozmawiać, ustalać postoje i rozwiązywać kolejne problemy. To także jest pielgrzymka, choć czasem prowadzi nieco inną trasą niż ta wyznaczona na mapie.

Rekolekcje w drodze

Wśród pielgrzymów są również siostry zakonne z różnych zgromadzeń. W rozmowie podkreślają, że pielgrzymowanie jest dla nich spotkaniem z Jezusem i z drugim człowiekiem, a trud drogi pomaga pogłębiać relacje i doświadczenie wspólnoty. Mówią o Eucharystii, sakramentach i o Kościele, który na pielgrzymce staje się szczególnie widoczny jako wspólnota ludzi, a nie tylko budynek.

Jedna z sióstr pielgrzymuje już po raz 31. Kiedy pada pytanie, czy pielgrzymka uzależnia, odpowiada bez wahania, że tak, ale „od dobrego, od bardzo dobrego”. Po trzydziestu jeden pielgrzymkach można uznać, że mówi z dużego doświadczenia.

Męska grupa i intencje za rodziny

Nowością tegorocznej pielgrzymki jest grupa męska. Pomysł powstał podczas rekolekcji i szybko przerodził się w konkretną decyzję, by stworzyć własną wspólnotę pielgrzymów. Jej uczestnicy mówią o harcie ducha, sile i odwadze, a noclegi w remizach tylko wzmacniają nieco surowy charakter grupy.

Kiedy jednak pytam, z jakimi intencjami idą na Jasną Górę, odpowiedź natychmiast pokazuje drugą stronę tej męskiej pielgrzymki. „Przede wszystkim za nasze żony i dzieci” – mówią.

Niosą także duży krzyż, który ma przypominać o życiowych krzyżach każdego człowieka. W takim kontekście męska siła przestaje być jedynie kwestią wytrzymałości fizycznej, a staje się odpowiedzialnością za tych, których zostawiło się w domu.

Nowy kierownik i ciężar odpowiedzialności

Tegoroczną pielgrzymkę po raz pierwszy prowadzi ks. Łukasz Urban. Kiedy pytam jak można ogarnąć tak wielką liczbę ludzi, grup, noclegów i postojów, odpowiada krótko: „Tylko z Bożą pomocą”.

Podkreśla, że może korzystać z doświadczenia swoich poprzedników – ks. Rafała Grzędy i ks. Szymona Rybaka. Najtrudniejsze są decyzje, ponieważ zmęczenie sprawia, że pielgrzymi mają swoje oczekiwania i nie zawsze wszystko może wyglądać tak, jak by chcieli. Nie zawsze będzie ciepła woda, wygodny nocleg czy miejsce, do którego ktoś przyzwyczaił się w poprzednich latach. I właśnie ta konieczność rezygnacji z własnych przyzwyczajeń również należy do pielgrzymiego trudu.

Nowy kierownik chce zachować tradycję pielgrzymki, ale jednocześnie korzystać z nowych technologii i rozwiązań, które mogą usprawnić organizację.

Rafał Grzęda – po dziewięciu latach wreszcie zwykły pielgrzym

Szczególne miejsce w tegorocznym reportażu należy się ks. Rafałowi Grzędzie, który przez dziewięć lat kierował kaliską pielgrzymką. Teraz, po przekazaniu odpowiedzialności ks. Łukaszowi Urbanowi, może wreszcie przeżyć ją z zupełnie innej perspektywy. Nie musi pilnować całej organizacji, podejmować każdej decyzji i zajmować się niekończącą się listą problemów. Może posłuchać konferencji, uczestniczyć w modlitwie, iść z grupą i być po prostu jednym z pielgrzymów.

Po dziewięciu latach kierowania pielgrzymką mógłby zapewne uznać, że w sierpniu należy mu się już spokój i odpoczynek. Tymczasem tak ułożył swoje parafialne obowiązki, aby ponownie znaleźć czas na drogę. Jak sam powiedział, wreszcie może iść „jako normalny pielgrzym” i nieść swoje własne intencje do Matki Bożej na Jasną Górę.

Oczywiście ks. Rafał Grzęda nie byłby sobą, gdyby przechodząc przez Lututów nie pozostawił po sobie również kilku słów z charakterystycznym poczuciem humoru. Najpierw wyraził ubolewanie, że ksiądz dziekan nie rozwinął przed pielgrzymami dywanu. Następnie zauważył, że zabrakło także dźwigu, z którego można byłoby obejrzeć odnowiony lututowski witraż. Można więc zmienić kierownika pielgrzymki, można przestać odpowiadać za logistykę, ale najwyraźniej nie można zrezygnować z komentowania standardów obsługi pielgrzyma w Lututowie.

To właśnie ten humor dobrze pokazuje, że pielgrzymka nie jest wyłącznie czasem powagi, modlitwy i wyrzeczenia. Jest także miejscem radości, spotkania, żartu i zwyczajnej ludzkiej bliskości. Trud drogi nie odbiera pielgrzymom uśmiechu, a czasem właśnie humor pozwala ten trud przeżyć łatwiej.

Każdy niesie coś swojego

Przez kilka godzin Lututów żyje pielgrzymką. Ktoś odpoczywa, ktoś pije wodę, ktoś poprawia plaster na stopie, ktoś szuka cienia, ktoś rozmawia ze znajomymi, a ktoś po prostu siada i przez kilka minut nie ma najmniejszego zamiaru ruszać się z miejsca.

Potem jednak przychodzi sygnał do wymarszu. Jedna grupa rusza, za nią kolejna. Kolorowe koszulki przesuwają się przez Lututów i powoli znikają na drodze prowadzącej w stronę Częstochowy. Śpiew staje się coraz cichszy, ale zostają spotkania i historie.

Wiesława, która po latach opieki nad chorym mężem wróciła na pielgrzymi szlak. Stefania, która w wieku 89 lat idzie po raz czterdziesty pierwszy. Rodzina Gromadów, dla której pielgrzymowanie jest czasem prawdziwego bycia razem. Młoda dziewczyna niosąca do Maryi modlitwę o zdrowie rodziny i dobry egzamin. Mężczyźni pielgrzymujący przede wszystkim za swoje żony i dzieci. Siostry, które żartują, że pielgrzymka „uzależnia od dobrego”. Kapłani odpowiedzialni za grupy, noclegi i organizację. Nowy kierownik, który uczy się prowadzić całość, i jego poprzednik, który po dziewięciu latach może wreszcie po prostu iść.

Każdy niesie coś innego. Ktoś plecak, ktoś różaniec, ktoś krzyż, ale przede wszystkim każdy niesie własną intencję. Jedni proszą o zdrowie, inni dziękują, modlą się za rodzinę, za zmarłych, za dzieci, za szczęśliwe narodziny, za przyszłość. Są także takie intencje, których nie wypowiada się do mikrofonu, ponieważ pozostają tylko pomiędzy człowiekiem a Bogiem.

I chyba właśnie dlatego, mimo upału, zmęczenia, bolących nóg i kolejnych kilometrów, następnego dnia znów wstaną, założą buty i ruszą dalej. Od św. Józefa do Maryi.

A w Lututowie przez chwilę pozostanie jeszcze echo ich śpiewu, wspomnienie kolorowych grup i pewność, że za rok znów gdzieś z oddali najpierw usłyszymy głosy, potem zobaczymy krzyż i pierwszych pielgrzymów, a ktoś stojący przy drodze powie po prostu:– Idą. Kaliscy pielgrzymi znowu idą.